czwartek, 30 stycznia 2014

Siła w porażkach

Ile razy słyszeliśmy od bliskich nam osób kiedy mówili nie mam już siły na takie życie , wypaliłem się, zbyt wiele mnie dobija, za dużo przeszedłem, nie wierzę w szczęście i wiele, wiele innych.. Ileż to razy my sami to wszystko mówiliśmy. W ten sposób sami siebie dobijamy, a wystarczy spojrzeć na to z innej perspektywy.

Każdy człowiek przeżywa wzloty i upadki. Każdy z nas też różnie je przechodzi - jedni się tym mnie przejmą i idą dalej, a inni popadają w depresję. Ale i z tego przecież można wyjść-czy to dzięki własnej sile woli czy z pomocą. Wszystko jest do zniesienia. A dzięki takim kopniakom w tyłek, które dostajemy w prezencie od losu uczymy się najwięcej. Człowiek, który od małego odnosił same sukcesy, złamie się niekiedy pod wpływem małej porażki. A przecież to absurdalne. Owszem, powodzenie w życiu i w naszych celach buduje naszą pewność siebie, ale dzięki temu nic się nie osiągnie jeśli to nie będzie niczym podparte. Niepowodzenia nie tylko ucząc nas wiele o życiu, ale dają nam siłę. Z każdym upadkiem, z każdym podniesieniem samego siebie stajemy się silniejsi. Często zdarza się moment w życiu kompletnego załamania, kiedy zostajemy bez wartości, celu czy nadziei. Ale da się z tego wyjść, a kiedy już to się stanie to nic nie jest w stanie złamać psychicznie. Możemy czasem czuć się podłamani jednak nie złamią nas błahostki codziennego życia, bo dzięki temu doświadczeniu wiemy jak sobie radzić. Znajdujemy siłę aby przebrnąć przez to wszystko.

Według mnie nie ma ludzi słabych psychicznie, są tylko Ci, którzy nie otrzymali odpowiedniej pomocy albo Ci, którzy po prostu nie chcą spróbować spojrzeć na sprawę/porażkę inaczej, szerzej.  Każdy z nas ma siłę w sobie, aby podnieść się nawet z dna, tylko nie każdy ma odwagę to zrobić, nie każdy chce spróbować. Ale dlaczego? Przecież i tak już nie ma nic do stracenia, a można tylko zyskać.
A wracając do naszego tematu to przecież już jako dzieci uczymy się na swoich niepowodzeniach. Podając kilka prostych przykładów
1)      Byłeś dzieckiem i lubiłeś łazić po drzewach. Czasem stawałeś nie w tym miejscu i noga mogła się obsunąć, czy czasem nawet zaliczałeś glebę. W ten sposób uczyliśmy się gdzie nie należy stawać, aby nie upaść.
2)      Oglądałeś dużo kreskówek i bajek, gdzie bohaterowie mieli nadludzkie zdolności np. latanie. Wiedziałeś, że ptaki uczą się latać, więc stwierdziłeś, że Ty też się nauczysz. Próbowałeś np. skacząc z kanapy czy podskakując. Nigdy to nie wyszło. Nauczyłeś się wtedy, że nie jesteśmy do wszystkiego stworzeni.
I takich przykładów można wymieniać w nieskończoność tak naprawdę.


Także musimy zapamiętać jedno i wziąć sobie do serca. Porażki to jest szansa dla każdego z nas, aby stać się silniejszym psychicznie w życiu i nie pozwolić innym się złamać. A krócej mówiąc - porażki to droga do szczęścia i spełnienia.

sobota, 12 października 2013

Samotność w tłumie

                Ileż to życie w dzisiejszych czasach ma w sobie sprzeczności. Nasza populacja na tym świecie roście w szybkim tempie. Mamy coraz to nowsze wynalazki techniki, aby móc być w sobą w kontakcie i łatwo się porozumieć. A ile ludzi napotykamy każdego dnia, czy to w pracy, sklepie czy evencie kulturowym. Jednak w tym tkwi problem, który pogłębia się z każdym dniem.  
Wbrew zasadom logiki to mimo tego, że jest nas więcej i więcej na tym świecie to czujemy się coraz bardziej samotni. Ile osób ma problemy w rodzinach, tak że nie czuje z nimi żadnych więzi i nie potrafi się porozumieć?  O wiele za dużo.  Ile szczerych osób mamy wokół siebie, którym potrafilibyśmy zaufać? Zdecydowanie za mało, niekiedy nawet w ogóle. Najczęściej czujemy, że nie mamy nikogo, komu moglibyśmy się zwierzyć, normalnie porozmawiać, poradzić się. W tłumie, w gronie znajomych, na imprezach czy koncertach, mimo ogromu ludzi, którzy nas otaczają, czujemy się samotni. Nad wyraz samotni. Tracimy miejsce, które były dla nas azylami, miejscami pomocy i wsparcia. Połowę ludzi nie obejdą nasze problemy, a pozostała część będzie się cieszyć z tego, że coś nam nie wychodzi. Więc gdzie jest ratunek? W domu? Niestety, ale jest tylko garstka ludzi, która zwierzyłaby się ze wszystkiego swoim rodzicom/dziadkom/wujkom. Wolimy unikać takich rozwiązań, ponieważ nie chcemy, aby nasze zwierzenia były wyciągnięte na forum rodziny. W pracy/szkole? O tym nawet nie ma mowy. Są tam ludzie, z którymi utrzymujemy kontakt tylko w ramach pracy, a nic poza tym. W związku? Coraz to częściej stają się one karykaturą danych relacji. Każdy z partnerów patrzy na siebie samego. Skupiają się na sobie, rozwijają własną karierę, zapominając o pielęgnacji własnego związku (owszem, istnieją wyjątki od tej reguły, ale niestety jest ich coraz mniej). Inną opcją jest to, że związek opiera się na relacjach łóżkowych jednak nie ma w tym uczucia, nie ma jedności, nie ma tej wyjątkowej bliskości.
W taki sposób zostajemy sami ze swoimi problemami. Jesteśmy przekonani, że nikt nie jest w stanie zrozumieć naszych problemów, że nikt nie jest zdolny udzielić nam wsparcie. I tak oto wyniszczamy siebie. Tracimy oparcie na wszelkich podłożach. Zdani sami nie siebie. Tracąc swoją siłę wewnętrzną bez możliwości jej regeneracji. Mało jest osób, które się zdecydują, aby pójść po pomoc do specjalisty w takich przypadkach. Większość pozostanie ze swoimi problemami . Ale jesteśmy tylko ludźmi. Nasze uczucia i siła kiedyś się kończy. A nie mając nikogo zaufanego obok siebie zamykamy się wewnętrznie na wszystko co może nas dotknąć, lub załamujemy się całkowicie lecz to najczęściej kończy się tragicznie.

Jaki ratunek? Nigdy go nie będzie, jeśli nie będziemy gotowi się zmienić. Odrobinę więcej empatii i udzielania wsparcia najbliższym nam osobom wystarczy. Taka pomoc nas nie zabije, a im będzie łatwiej w życiu zmierzyć się z przeciwnościami, wiedząc, że gdzieś tam jest ktoś, kogo jeszcze obchodzimy i do kogo możemy zawsze się udać, w potrzebie czy też bez.

piątek, 5 lipca 2013

Przekształcona rzeczywistość




Z każdą informacją doniesioną mi przez ludzi nasuwa  się pytanie jak bardzo już została ona zniekształcona. Nie mówię tutaj o drobnym przekształcaniu faktów co jest zarzucane mediom. Nawet nie chodzi mi o ten sposób przekazu, ponieważ nie zamierzam wnikać do ich trybu pracy, z tego prostego powodu, że nie znam się na tym na tyle ani nie siedzę w tym temacie, abym mogła się  wypowiadać. Chodzi mi tutaj bardziej o ustny przekaz informacji. I znów muszę uprzedzić, abyście nie myśleli od razu o plotce, bo to jest całkiem odrębna dziedzina. Mówiąc o ustnym przekazie chodziło mi raczej o sposób przedstawiania informacji oficjalnych i tych ważniejszych dla danego odbiorcy. Dlaczego ludzie tak bardzo zniekształcają obraz prawdy robiąc ofiary z głupców, bohaterów bądź wzorce z rebeliantów czy przestępców itp.? Aby poznać prawdę musimy sami poszukać szczegółów danej wiadomości, jednak jak mamy to zrobić skoro nawet nie wiemy o tym, że fakt został w pewien sposób przekłamany. Z logicznego punktu widzenia nie da się. Nie jest możliwe, aby próbować udowadniać mit faktu, kiedy nawet się nie wie, że jego pierwotny stan jest trochę inny.
Cóż, przykładem takiego zachowania jest przypadek chłopaka, który zginął ostatnio w wypadku, gdzie doszło do zderzenia motoru z samochodem. Wszyscy mówią, że jest to tragedia nie tylko dla rodziny (w której taki wypadek zdarzył się po raz drugi) lecz również dla przyjaciół czy nawet grona pedagogicznego. Całej szkole została przekazana informacja o pogrzebie, jak również fakt, że zginął on prowadząc motor. Nie chcę umniejszać rozmiarów tej tragedii, gdyż wiem, że żal po nim jest szczery u osób które go znały. No i cóż, po prostu szkoda chłopaka który miał przed sobą całe życie. Kiedy jednak mówi się o tym wypadku to często (ba, nawet bardzo często) pomijany jest fakt, że to nieszczęście spowodował on sam poprzez niezastosowanie się do przepisów ruchów drogowego. Dobrze, ja rozumiem, że po zdaniu egzaminów już nie jeździ się tak jak nas uczono na kursie jednak trzeba zachować minimum ostrożności i mieć wyobraźnie na drodze. Ten chłopak nie zastosował się odpowiednio do informacji, że  wyjeżdża z drogi podporządkowanej przy czym jeszcze warunki pogodowe były nieprzyjazne kierowcom i niestety doszło do tragedii. Cóż, fakt tego wypadku i śmierci motocyklisty pozostaje przygnębiający, jak również ciężki do pogodzenia się wśród bliskich. Jednak większość z osób, które informowały o tym wypadku pomijały ten znaczący szczegół jego nieodpowiedniego zachowania. W ten sposób stał on się dla nas wyłącznie ofiarą, od razu przyjmując kierowcę jako sprawcę, a przecież prawda jest zupełnie inna. Kierowca nie był winny w tym zderzeniu, tylko brak wyobraźni tego chłopaka. A więc według mnie o takim zakończeniu jego losów zdecydował nie los, nie przypadek, a on sam.  Podałam taki przykład nie po to, by znów wywoływać nowy ból lub negować jego zachowanie, tylko aby uzmysłowić, jak bardzo możemy zostać omamieni przez pomijanie jednego ważnego fragmentu danej wiadomości.  Zatarcie szczegółu z jakiegoś wydarzenia może nam diametralnie zmienić o nim wyobrażenie. I takie zachowanie występuje coraz częściej. 
Zastanawiam się tylko czy możemy cokolwiek zrobić, abyśmy dostawali informacje rzetelne, bez pomijania faktów, które pozwolą nam na obiektywną ocenę, a nie subiektywne osądzanie. Chyba nic. Jeśli sami jesteśmy rozsądnymi ludźmi to najpierw spróbujemy poznać wszystkie fakty dotyczące jakiegoś wydarzenia, a potem dopiero będziemy wyrabiać sobie o nim zdanie.

wtorek, 7 maja 2013

Porzucenie mar przeszłości



                W ostatnich czasach zauważam niezdrowy nawyk ludzi, którzy mnie otaczają i z którymi mam styczność. Jest to dokładnie uczepienie się przeszłości. Ja rozumiem, że wspomnienia są ważne. Jak również doświadczenia, które raz są pozytywne, a raz negatywne (ale wszystkie uczą). Jednak na co wywlekać wciąż od nowa przeszłość, która już minęła? Jest w tym jakiś sens? Po co żyć przeszłością, która przestała być teraźniejszością (z tego też powodu stała się przestarzała)? Ja w tym nie widzę sensu. Co było to przeminęło. Należy to zostawić i ruszyć dalej w życie, a nie tkwić w martwym punkcie. No oczywiście takie puste gadanie na nic się zda i wartałoby poprzeć to jakimś przykładem.
                No to na pierwszy rzut weźmy minione wspomnienia pozytywne (np. to, że było się na prestiżowej pozycji w firmie lub było się dobrze rozpoznawalnym, czy też stworzyło się coś, co przyniosło Ci uznanie wielu osób). Owszem, przyjemnie jest coś takiego wspominać, ale nigdy nie należy tym żyć. Jeśli utraciłeś to stanowisko to trzeba próbować się podnieść. Jestem świadoma, że to nie jest łatwe i niekiedy potrzeba wielu lat, żeby podźwignąć się po takim upadku. Jednakowoż jest to nadal możliwe. Trzeba znów odnaleźć te siły, które nas kiedyś napędzały do działania. Jeśli stały się one nieaktualnie to trzeba znaleźć nowe. Z pewnością takie działanie zajmie nam trochę czasu, ale jest to opłacalne. I to bardzo. A mówiąc o utraceniu poważania i rozpoznawalności to tu sytuacja jest ta sama. W sumie w każdym przypadku trzeba spróbować znaleźć znów siłę napędową, aby móc wrócić na szczyt. Jednak nigdy nie należy żyć przeszłością. Byłeś kiedyś rozpoznawalny, bogaty, itp. ? Dobrze. Ale to minęło. Koniec. Kropka. Już te czasu nie wrócą i nie pomoże w tym nawet wywlekanie tego wspomnienie na wierzch. Poprzez takie działanie tkwimy w martwym punkcie, z którego możemy się już nie ruszyć. A kiedy zorientujemy się, że coś mogliśmy zrobić to okazuje się, iż jednak jest za późno. Także miejmy wspomnienia, niech one będą przykładem, ale nigdy sposobem na życie i widzenie świata.
                Teraz coś z kompletnie innej beczki, a mianowicie uraz z przepości, mara z dawnych dziejów. Tutaj można wiele podawać przykładów, ale ostatnimi czasy można zauważyć, że coraz bardziej popularne jest zranione serce (i to już niezależnie czy to przez zdradę, nieszczerość w związku, brak wsparcia, czy jeszcze inne sytuacje, których już nie będę wymieniać). No i cóż, zaczynając od początku to znów muszę to stwierdzić, że przeszłością nie da się żyć (no może się da, ale takim sposobem to nie będzie życie tylko pusta egzystencja). Poprzez ciągłe pielęgnowanie urazu w sercu niedaleko zajdziemy. W ten sposób zamykamy się na innych, odtrącamy bliskich i chowamy się za murem. Przez cały czas jesteśmy hamowani. Już nawet będąc w nowym związku, który jest szczęśliwy, wciąż coś nam przeszkadza. Jest to właśnie wspomnienie, które już tak się zakorzeniło w naszym sercu, że aż ciężko się go pozbyć. I w ten sposób uniemożliwia nam zaznanie spokoju. Nie dość, że ranimy bliską nam osobę to jeszcze samych siebie. Coś takiego do niczego nie doprowadzi. Możemy tylko w ten sposób ograniczać samych siebie. Powinniśmy spróbować zapomnieć o tym. Wyciągnąć wnioski, nauczyć się jak postępować, ale nie wywlekać tego wciąż na dzienne światło. To do niczego nie doprowadzi, nie zmieni naszej przeszłości, a tylko odnawiamy dawną ranę. Nie zawsze każdy nasz kolejny partner i kolejny związek musi przynieść rozczarowania. Pomyślmy może o tym, że ta druga osoba chce nam pomóc zagoić rany i dać nam prawdziwe szczęście. Dajmy jej możliwość ku temu. Umożliwmy sobie zaznanie szczęścia.
                Także trzymajmy wspomnienia o przeszłyśmy, uczmy się na ich podstawie, znajdujmy siłę napędową w nich i wzór na przyszłe życie, ale niech one nie staną nam na drodze do prawdziwego życia. Czasy, które już minęły zazwyczaj już nie powracają. Należy skupić się na teraźniejszości, w której możemy cokolwiek zmienić i ją stworzyć. Zostawmy przeszłość za sobą. Zapomnijmy o urazach. Otwórzmy się na nowe doświadczenia. Róbmy coś. Po prostu żyjmy. A opowiadania o przeszłości pozostawmy, dla swoich wnuków bo nam one teraz nie pomogą.

czwartek, 2 maja 2013

Upadek młodzieży



                Patrząc na dzisiejszą młodzież to zastanawiam się, co takiego musiało się stać podczas rozwoju państwa oraz na przestrzeni dosłownie kilku lat, że mentalność ludzka tak się pozmieniała. Owszem, nie należę do osób szczególnie dojrzałych wiekowo, wręcz przeciwnie. Nawet nie jestem jeszcze maturzystką, ale porównując siebie i moich rówieśników (a przynajmniej tych z którymi mam styczność) do tej rozkapryszonej dzieciarni to mam szczere wrażenie, że jestem wychowana według starych zasad i norm moralnych.
                Przede wszystkim to jest ich brak szacunku do osób starszych. No dobra, nie mówię, że muszą mi okazywać jakiś niezwykły szacunek, że powinni być mojej osobie pokłony, mówić dzień doby czy coś a tym stylu. Mam świadomość tego, że jestem tylko te parę lat starsza od nich, więc nawet nie ma szans, aby coś takiego zaistniało. Kiedy jednak jakiś niewyrostek sięgający mi do pasa zamachuje się, aby mnie kopnąć w kostkę, a reszta jego ferajny rzuca śnieżkami tuż przed idącymi ludźmi to już jednak daje do myślenia. Moim zdaniem tak nie powinno być. No ale dobra. Zostawmy młodzież ok. 18 lat. Przejdźmy jednak do tego, że dla osób dorosłych też nie mają szacunku. Słuchając jak wypowiadają się o nauczycielach, rodzicach czy po prostu osobach dojrzałych, które spotykają w swoim życiu to aż mnie dreszcz przeszywa. Jak można się wykazywać takim brakiem ogłady i dobrego wychowania (chociaż nawet najbardziej minimalnego). Nie potrafię tego pojąć. Poza tym, już najprostszym przykładem jest ustępowanie miejsca na chodniku. Kiedyś to był normalne, że mijając kogoś od nas starszego to się mu ustępowało. A teraz? W życiu. Idzie towarzystwo rozwalone na całym chodniku i ani myślą ustąpić. Jeszcze jak im się zwróci uwagę to mają wielkie pretensje. Dobra, zdarzają się wyjątki, że wielcy państwo łaskawie ustąpią drogę staruszce, ale to jest już nad wyraz rzadkie. Ok, pamiętam o wrednych moherowych beretach, które idą całą szerokością drogi i jeśli chcesz ich ominąć na chodniku, albo przechodząc obok nich rozwalasz ich szyk bojowy to od razu są na ciebie rzucane pomsty . Jednak nie o tym tutaj mowa.
                Inna rzeczą jest brak pomyślunku dzisiejszej tzw. przyszłości narodu. Rozmawiając z moją przyjaciółką na temat rodzeństwa łatwo jest mi dojść do takiego wniosku. Nie tylko takie pogaduchy doprowadzają mnie do takowych myśli. Ileż to razy widziało się i słyszało o takich wyrostkach, które już piją i palą, przy czym klną jak szewc. Czy oni na prawdę myślą , że dzięki temu pokażą swoją dojrzałość? Jeśli tak to są w ogromnym błędzie. Może weźmy jakiś przykład. Wracając do domu ( już nawet nie zależnie od tego czy są pijani czy w jakimkolwiek innym stanie, bądź czyści ). Czy oni naprawdę nie wiedzą , że ktoś z kim są w domu może się o nich martwić? No i co więcej (już zapominając o martwieniu się bo tego te niewykształcone rozumki mogą nie pojmować ) to przecież osobą pełnoletnia (czy też nie) pod których opieką zostają bierze za nich odpowiedzialność? Przecież jakby coś tym młodziczkom stało to przecież odpowiedzialność poniosą nie tylko rodzice, ale i ich opiekunowie. Jeśli zostaliby złapani pijani czy od wpływem jakiegoś innego środka odurzającego to nie oni staną w sądzie tylko osoby za nich odpowiedzialne w tym czasie. Nie rozumiem takiego braku wyobraźni co do swojego postępowania.
                Istnieje jeszcze ogrom innych rzeczy i występków, które rzucają mi się w oczy oraz zatracanie się pewnych wartości w dzisiejszym świecie. Mówiąc nawiasem to zdaję sobie sprawę, że nie dość, iż moje słowa zapewne mogą przypominać wypowiedzi naszych rodziców, to jeszcze dziwnie one mogą brzmieć w moich ustach. Nic na to nie poradzę. Moje patrzenie na świat ogromnie różni się od dzisiejszego looknięcia. Mimo, iż stosunkowo mam niewielkie doświadczenie i liczebnie to mam dość mało lat to naprawdę czuję się chwilami jakbym była z innej dekady. I szczerze przyznając to żałuję takiego obrotu spraw. Mam wrażenie, że poprzez taki spadek obycia i norm wychowawczych dążymy do jakiejś zagłady i zaginięcia kultury osobistej. Oczywiście nie wszystkie osoby poniżej mojego wieku będą odpowiadać tym opisom to jednak odczuwam, że grono żywych przykładów opisanych sytuacji powoli opanowuje dzisiejszy świat. Może jeszcze da się to zmienić i nie jest jeszcze za późno, jednak powinniśmy z tym coś zadziałać nim wyrwie się to spod kontroli i ruszy mechanizm cofający nas w dziedzinie dobrego wychowania.

środa, 1 maja 2013

Ucieczki przez życiem



W  codziennym życiu spotyka nas wiele niepowodzeń, załamań i rozczarowań. Bywa tak, że wierzymy, iż coś się nam uda, wkładamy w całą naszą nadzieję, siłę oraz zadajemy sobie ogromny trud, aby się spełnimy nasze oczekiwania, ponieważ to może zmienić całe nasze życie, jednak czasem nam się to nie udaje. Kiedy indziej jesteśmy odstawiani przez wszystkich bliskich i zostajemy sami (Takie sytuacje nie zawsze sami sobie stwarzamy poprzez błędy. Może to też wynikać z tego, że ludziom zaczyna bardziej zależeć na sprawach osobistych, a o innych się zapomina. Jakież to staje się popularne w dzisiejszym świecie). Innym razem dobija nas to, że jesteśmy bezsilni. Chcielibyśmy pomóc naszym najbliższym, zmienić coś, zrobić cokolwiek, aby nie byli w takiej sytuacji w jakiej się znaleźli, jednak nasze możliwości nie pozwalają nam na to. Innym razem znów tracimy najbliższą nam osobę i to niezależnie od tego czy ten ktoś umiera czy też od nas odchodzi, ale uczucie pustki  zostaje takie samo. Kolejnym powodem może być rozwód rodziców, który dzieci przeżywają okropnie (Często winiąc siebie samych za to że tak się stało). Istnieje jeszcze wiele innym powodów, które mogą w nas wywołać uczucie dołka. Takie jest życie. Inni radzą sobie z tym lepiej, a inni gorzej. Jedni pocierpią trochę (Bo nie da się przejść przez takie przeżycia bez echa), jednak są w stanie podnieć się po takim kopie od życia. Jednak nie wszyscy. Niektórzy chwytają się różnych sposobów, aby sobie z tym poradzić. Smutne jest to, że coraz więcej młodych ludzi zaczyna doświadczać takich niepowodzeń. A im jest tym gorzej, ponieważ często ich problemy są bagatelizowane przez rodziców. Poprzez ich twierdzenia, że młodzi nie mają doświadczenia życiowego, zostawiają swoje dzieci samym sobie. I to jest najgorsze co się może stać. To może skłonić wielu ludzi do popełnienia głupstw odciskających piętno na całym życiu.
Jednym z najczęstszych sposobów radzenia sobie z problemami jest sięgnięcie po alkohol. To jest niestety błędne koło jeśli sie tego będzie nadużywać. Nie rozwiąże to problemów, nie ukoi to smutku na długo, nie sprawi że coś nagle stanie się lepiej, jak za dotknięciem magicznej różdżki. Niestety. Tak pięknie nie jest. Za sprawą procentów możemy tylko na chwilę zapomnieć o tym, co nas przykuwa do ziemi i nie pozwala się podnieść. Jednak tutaj się zradza nowy problem. Czym więcej razy zagłuszamy smutek i depresję alkoholem, tym częściej będziemy chcieli uciekać od problemów właśnie w taki łatwy sposób. I tak oto dodajemy sobie kajdany na ręce z napisem alkoholizm. Tym gorsze jest to ,że przez takie ucieczki często odtrącamy najbliższych, czyli ludzi, którzy chcieliby nam pomóc. Nie tylko poprzez sam akt napicia się ich ranimy, ale często łączy się to z kłamstwem. W ten sposób popełniamy ogromny błąd bo tracimy już wszelką pomoc. Sami wystawiamy się na cierpienie i upadek. Jeśli ktoś zda sobie z tego sprawę w odpowiednim czasie to jeszcze nie jest najgorzej bo może zwrócić się o pomoc. Jednak nie zawsze się tak dzieje. Niektórzy brną w zaparte i to ich ściąga do dna.
Innym rozwianiem jest ucieczka w używki, a mianowicie narkotyki. Taki sposób rozwiązywania problemów nie był zawsze obecny. Kiedyś nie słyszało się o nim tyle jak teraz. Jest to spowodowane tym, że taki biznes stał się bardziej opłacalny i łatwiej dostępny. Niestety… coraz bardziej taki sposób rozprzestrzenia się wśród ludzi młodych. Ileż razy słyszało się o osobach, które zakończyły swoje życie złotym strzałem. Ileż to nowych ośrodków powstało dla młodzieży uzależnionej od tego typu używki.  Tym gorsze jest to, że sami mamy styczność z osobami, których ciągnie do takiego załatwiania spraw. Sama niejednokrotnie słyszałam od moich znajomych, że chcieliby coś zażyć, dzięki czemu mogliby zapomnieć o wszystkim choć na chwilę. Jednakże tutaj dzieję się tak samo jak w sytuacji wcześniej opisanej. Takie ucieczki prowadza tylko do powstania kolejnego kłopotu. Tym gorsze jest o wszystko od uzależnienia alkoholowego, że można zastosować wobec siebie wcześniej wspomnianego złotego strzału. W Taki sposób można pożegnać się ze wszystkimi problemami na zawsze. Dosłownie. Tylko można się zastanowić i pomyśleć, czy w taki sposób nie dostarczamy innym bólu i cierpienia od którego my sami chcemy uciec? Czy w taki sposób nie okazujemy się największymi egoistami na świecie?
Ostatnim sposobem ucieczki o którym chciałam wspomnieć jest tzw. cięcie się. Jest to sposób równie bezmyślny jak dwa pozostałe. Tylko z jedną różnica.  Jest on łatwiejszy do spełnienia. Nie wiąże się on z wielkimi kosztami i cóż.. duży odsetek młodzieży sięga po takie rozwiązanie. W przyszłości jednak żałuje sie takiego wyboru. Blizny pozostają na całe życie i przypomina nam to o naszej przeszłości o której niejednokrotnie chciałoby się zapomnieć na zawsze. Pewnie niektórzy z was spytają czemu takie postępowanie staje się coraz bardziej popularne? Mogę z własnego doświadczenia powiedzieć, że to jest desperacka próba odzyskania kontroli nad swoim życiem i uczuciami. Ból psychiczny nie jest możliwy do kontrolowania, a przynajmniej nie jest to łatwe. Owszem, istnieją różne sposoby żeby ukoić smutek, rozczarowanie czy poczucie beznadziejności, jednak niewielu ma siłę, aby tego spróbować. Ludzie którzy chwytają za ostrze są desperatami. Są gotowi zrobić wszystko, aby móc nad czymś w końcu zapanować. I tym właśnie jest  ból fizyczny. W przeciwieństwie do psychicznego on jest przez nich kontrolowany. Rodzaj, kształt oraz głębokość rany jest tylko i wyłącznie przez nas określana i to jest czymś kojącym. Już nawet samo poczucie zimna ostrza jest czymś niezwykłym. Wiedząc, że ten ból jest w naszej władzy. Dodatkowo może on zagłuszyć uczucia. Jednak wiąże się to ze śladami na całe życie… nie tylko zmiany na skórze zostają, ale i w sposobie myślenia pojawiają się blizny niemożliwe do wymazania.
Istnieje jeszcze pewnie wiele sposobów zagłuszania uczuć, ale te trzy, które wymieniłam są najbardziej popularne. Wszystkie łączy jedna rzecz. Odciskają one piętno na naszym życiu. Kiedy raz się po nie sięgnęło w chwili słabości to już zawsze będzie nas ciągnąć, aby znów to zrobić w momentach naszych upadków. Będzie też nam coraz trudniej zwalczać tą chęć, aż w końcu się ugniemy. Wtedy też najbardziej będziemy potrzebować bliskich. A nawet już wcześniej ich potrzebujemy. Pamiętajmy, aby obserwować ludzi na których nam zależy i nie zostawiać ich samych z problemami. Każdy z nas potrzebuje wsparcia i ostoi. Każdy potrzebuje pewności, że zawsze ma kogoś, do kogo może się zwrócić, kto zawsze przy nim będzie. I to jest obojętne czy to jest mama, dziadek, ciotka, ukochany czy rodzeństwo. Ważne, aby był przy osobie która tego potrzebuje. To jest najlepszym lekarstwem, aby uchronić drugą osobę przed takimi błędami.